Podziel się Wykop Zaćwierkaj

Mniej emocji, więcej rozumu

O tym, komu media lokalne patrzą na ręce, o zdjęciach, z których czasem ktoś znika i o szemranych interesach opowiada Barbara Sułek-Kowalska, wykładowczyni na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego

Rozmawiała: Ola Rzążewska

Gimnazjaliści, z którymi dyskutujemy o mediach, są przekonani, że  skoro coś się znalazło w gazecie, to musi to być prawda. Ale czy rzeczywiście musi?

Niestety,  nie musi. I to bardzo smutna konstatacja dla środowiska dziennikarskiego. Ale zajmijmy się samymi gimnazjalistami. Są w wieku, gdy ufa się innym, dlaczego więc mają zakładać, że ktoś ich oszukuje i próbuje nimi manipulować? Jeszcze mają prawo do ufności i naiwności. Choć oczywiście powoli, na podstawie przeczytanych książek, czy pierwszych, często trudnych doświadczeń, zaczynają rozumieć, że nie zawsze jest tak, jak się im wydaje.

Jak więc potraktować tekst o spanielu, który ujawnia swojej właścicielce szczęśliwe numerki, by mogła wygrać w totolotka? Albo artykuł o jeziorze pełnym wódki?
Trzeba się posługiwać rozumem. Jeśli mamy do czynienia z tak skrajną sytuacją, myślący młody człowiek ma prawo nazwać rzecz po imieniu i powiedzieć: To są głupoty! I dobrze by było, gdyby powiedział też kolegom: Przestańcie się tymi głupotami zajmować!

Trzeba rozumnie przyglądać się rzeczywistości?
Koniecznie i to na różne sposoby. Musimy krytycznie patrzeć na dziennikarzy i widzieć w nich także zwykłych ludzi, a nie tylko twarze znane z telewizji. I to jest pewnie najtrudniejsze, ponieważ kamery pokazują ich w blasku świateł, pięknie ubranych, mówiących wielkie słowa.  Bardzo dobrze, że młodzi ludzie biorą udział w warsztatach dziennikarskich i dowiadują się, jak zbiera się informacje, jak się je selekcjonuje, jakie błędy popełniają dziennikarze i dlaczego te błędy mogą budzić podejrzenia, że chodzi o manipulację.

Co ma Pani na myśli?
Nierzadko czytelnik, który jest doświadczony i bardzo krytyczny, mówi: A co to znowu za manipulacja! Podczas, gdy to tylko błąd warsztatowy wynikający np. z tego, że dziennikarz bywa nieco leniwy albo za bardzo się spieszy i nie do końca solidnie zbiera informacje. Wtedy musi się liczyć z tym, że rzeczywiście zostanie w końcu oskarżony o manipulację. Ale moim zdaniem  dziennikarze są w większości rzetelni, solidni i uczciwi.

Telewizja telewizją, ale jak coś jest na zdjęciu, to chyba musi być prawda? – tak też mówią nastoletni uczestnicy naszych warsztatów.
Świadomość, że zdjęcia mogą kłamać, powinna być bardzo duża! Wystarczy przejść przez podstawowy kurs historii systemu politycznego, w którym żyliśmy, czyli systemu komunistycznego, żeby wiedzieć, że kiedy w Moskwie (a zaczęło się to jeszcze przed Stalinem) ktoś wypadał z kręgów władzy, znikał też ze zdjęć, na których był wcześniej obecny. Ponieważ nie było wtedy Photoshopa,  stosowano różne inne sztuczki. Zdjęciami i obrazem kłamano, oszukiwano i manipulowano od zawsze. To jest wiedza, którą musimy dostarczyć młodym ludziom, choćby właśnie odwołując się do przykładów historycznych.

Jeden z  14-latków uczestniczących w naszych zajęciach powiedział: Nie powinno się sądzić książki po okładce, ale zastanawiam się, czy nie powinno się sądzić gazety po pierwszej stronie. Jeśli jest na niej fotomontaż, zdjęcie stawiające kogoś w złym świetle, to czy gazeta jest wiarygodna?
To bardzo ciekawa kwestia, jeśli weźmiemy pod uwagę, że pisma, które uważają się za poważne tygodniki opinii, żeby złapać czytelnika, stosują te same sztuczki, co tabloidy. Przykład? Bijący po oczach tytuł, który nie do końca oddaje prawdę albo zdjęcie, które kogoś ośmiesza, a kogoś wywyższa. Zobaczmy,  co się dzieje! Dziś mało kto waha się, czy  „rzucić krew na pierwszą stronę”, jak to jeszcze w XIX wieku nazywały  instrukcje dziennikarskie. Bądźmy jednak ostrożni w ocenie tzw. naszych czasów. Bo to nie my wpadliśmy na pomysł, że ludzie chętniej zapłacą za artykuł o tym, co straszne i okrutne, niż o tym, co dobre i szlachetne. Już w XIX wieku zdawano sobie z tego sprawę.

Czy wykorzystywanie tabloidowych sztuczek powinno budzić dystans wobec gazety?
Tak, ale skąd młodzi ludzie mieliby mieć ten dystans? Z „krwią na pierwszej stronie” są oswajani od najmłodszych lat, mają z nią do czynienia w telewizji i w internecie, gdzie pełno obrazów gwałtownie zadawanej śmierci czy mordów wojennych. Jak mieliby nabierać dystansu? Nie mają kiedy!  To jest nasz obowiązek, by proponować im zajęcia z edukacji medialnej.

Na warsztatach robimy ćwiczenie, podczas którego uczestnicy dostają artykuł z gazety codziennej opisujący jakieś wydarzenie. Prosimy o przeczytanie go i ustalenie, czy jest to tylko obiektywna relacja, czy tekst zawiera opinię dziennikarza. Okazuje się, że to niebywale trudne zadanie! Dlaczego tak jest?
Dlatego, że dziś opinia, czyli komentarz  jest wszechobecna. Wchodzi w życie człowieka, gdy ma on dwa albo trzy lata i siedzi przy rodzinnym obiedzie. W  domowej dyskusji nawet dorośli nie oddzielają już informacji od opinii i dodatkowo natychmiast dorzucają do tego, co zastane, również swoje własne opinie. Skoro oni nie mogą się w tym zorientować, jak mają sobie radzić młodzi ludzie?

Co możemy poradzić 14-latkowi, który mówi: ja chcę wiedzieć, co się naprawdę wydarzyło, a nie co sądzi o tym dziennikarz!
Powiedzmy mu: Szukaj kilku różnych źródeł.

Co to znaczy w praktyce?
Jeśli jesteś np. miłośnikiem portalu onet.pl, poszukaj informacji także na innych stronach i w gazetach. Wypisz fakty, które znajdziesz w różnych artykułach na ten sam temat i znajdź różnice. Następnie zobacz, czy w tekstach występują przymiotniki. Wypisz je i zastanów się, co one znaczą. Czy opisują stan rzeczy czy raczej stan ducha autora artykułu? Na ćwiczeniach z informacji prasowej prowadzonych na Uniwersytecie Warszawskim mówimy często: Przymiotnik to twój wróg. I będzie twoim wrogiem tak długo, jak długo nie nauczysz się nim posługiwać, tzn. do chwili, gdy będziesz mieć świadomość, że nie oszukujesz, używając go. Łatwo to pokazać na przykładzie sformułowania „szemrane interesy”. Jeśli nie opisujemy, jakie interesy prowadzi bohater tekstu, to jakim prawem piszemy, że są szemrane? A ciężar gatunkowy tego przymiotnika jest naprawdę pokaźny. Od razu mamy w głowie  odpowiednie skojarzenie – że jest to co najmniej lekki oszust, a może nawet już przestępca.

Czyli nie można poprzestać na przeczytaniu jednej informacji?
Zdecydowanie nie. W Stanach Zjednoczonych zdarzyła się niedawno taka sytuacja, że biały policjant zabił czarnoskórego nastolatka. W pierwszej chwili w świat poszła informacja, że policjant zrobił to bez powodu. W dodatku biały policjant zabił czarnego nastolatka. Dopiero później okazało się, że nastolatek chwilę wcześniej obrabował sklep, a jeszcze później, że groził policjantowi. Policjant był jeden, a nastolatek w towarzystwie. W pierwszej chwili mówiono: podziurawił go jak sito, ale jeśli ktoś wie, że policjanci w Stanach Zjednoczonych posługują się bronią półautomatyczną, inaczej  tę informację rozumie. Chciałabym od razu zastrzec – nie bronię policjanta, ani nie obwiniam nastolatka. Chcę tylko pokazać, jak napływały do nas informacje – nie od razu wiedzieliśmy wszystko. Jeżeli weźmiemy pod uwagę tylko to, co przypływa do nas z drugiego końca świata 15 minut po wydarzeniu, możemy się posłużyć wyłącznie emocjami, zatknąć jakiś sztandar na drzewiec i budować barykadę przeciwko „takiemu świństwu”. Tymczasem odbiór przekazu medialnego wymaga  posługiwania się rozumem, a nie emocjami.  Wtedy informacje układają się nam w głowie nieco inaczej.

Zastanówmy się nad jeszcze jedną rzeczą. Młodzi ludzie mówią: skąd mogę wiedzieć, że gazeta jest niezależna, że jest w ogóle „w porządku”? I często chodzi im o gazety lokalne, które piszą dobrze albo źle o dużych przedsiębiorcach czy politykach.
Gdy 20 czy 25 lat temu w sposób niezwykle żywiołowy powstawały liczne gazety lokalne, wszystkie uważały się za niezależne. Rzeczywiście,  nie były związane wtedy z żadnymi ugrupowaniami, często były własnością kilku ludzi. Potem te gazety zaczęły mieć związki z lokalnymi biznesami.  Ale na pewno nie można na pierwszy rzut oka, po pierwszym, drugim, trzecim tygodniu lektury, wyrabiać sobie na jej temat opinii. Trzeba się przyjrzeć, czy np. często są w tej gazecie sprostowania.

A jeśli nie ma nigdy?
To znaczy, że gazeta albo nie dotyka poważnych problemów, albo jest przyzwoita. Niestety jest też trzecia możliwość: zajmuje się poważnymi kwestiami, jest przyzwoita, ale lekceważona – nawet skrytykowane przez nią osoby uważają, że takim „pryszczem” nie ma co się w ogóle zajmować.
Warto śledzić, czy gazeta pisze o sprawach sądowych. W mniejszych środowiskach, jeśli ktoś jest np. pracodawcą i zatrudnia 50 osób z miasteczka, a jest przy tym oszustem, złodziejem i chamem, pogłoski na ten temat na pewno się pojawią.  Jeżeli w gazecie jest prezentowany jako ideał, można zacząć wątpić w jej wiarygodność. Wierzę, że człowiek, który uczy się w trzeciej klasie gimnazjum, potrafi już napisać list do gazety i zapytać, dlaczego tak jest.

Na co jeszcze zwracać uwagę?
Trzeba sprawdzać, czy te gazety naprawdę informują. Dziś łatwo dostępne są dane dotyczące np. budżetów miast czy protokoły z posiedzeń rady gminy. Warto zwrócić uwagę, czy w gazecie pojawiają się  kwestie tego typu. Czy gazeta pokazuje tylko jednego kandydata na burmistrza, czy wszystkich. A po wyborach – czy zachwyca się jedynie tym, który wygrał, czy pyta też o opinie tych, którzy przegrali. Każdy z nas ma w sobie pewną tendencję do lenistwa, więc najłatwiej powiedzieć: to dziady, co manipulują i samemu nic nie zrobić. A przecież warto się interesować.  Można np. namówić  dyrektora szkoły, by zaprosił na spotkanie z uczniami redaktora naczelnego lokalnej gazety.

Rozumiem, że pani namawia młodych ludzi, by wchodzili w interakcje z mediami?
Pewnie, że tak! Dzięki temu wchodzą w społeczność, w której żyją i którą mogą kształtować na miarę swoich nastoletnich możliwości,   a te wcale nie są takie słabe. Jeśli angażują się w wolontariat, harcerstwo, działają w szkolnym kole Caritas, które pomaga starszym ludziom, to mają pełne prawo czuć się członkami społeczności. A ten interaktywny kontakt z mediami daje wiedzę, pomaga dojrzewać do podejmowania działań kontrolnych. Co prawda nieletnich czytelników nikt nie wpuści na posiedzenie rady gminy, ale mogą na to spotkanie wysłać swojego delegata, np. nauczyciela czy rodzica. Można to sprowadzić do bardzo prostego hasła: bierzcie sprawy w swoje ręce! I właśnie media są po to, żeby w tym pomagać.

na początek